(4) In my rear-view mirror

Myślę o niej od czasu do czasu, chociaż już jej nie widuję, prawie wcale. Czasami wraca, gdy opowiadam jakąś historyjkę na imprezie, albo gdy mijam ten przystanek autobusowy, albo gdy zupełnie przypadkowo spojrzę komuś w oczy. I mówię o niej, ponieważ kilka długich lat temu pewien nauczyciel powiedział podczas zajęć, że mamy tendencję do myślenia o sobie z przeszłości i przyszłości jako o zupełnie obcych osobach. Teraz nie wiem, czy psychologia zna taką teorię, może wcale, ale utkwiło mi to w pamięci. Bo jak to możliwe. A jednocześnie miało tyle sensu.

***
Kiedyś była małym dzieckiem. Miała grube okulary i cienkie, prawie białe włosy. Nie była szczególnie inteligentna ani bystra, ale potrafiła czytać, szybko i głośno. Ta umiejętność dawała jej pewność siebie. Była kreatywna, swobodnie i bezgranicznie, tak jak potrafi tylko dziecko. Dostała kiedyś papierowy medal od jednej ze swoich nauczycielek: Dla najbardziej kreatywnej dziewczynki. Najważniejsze wspomnienie. Coś, co warto zapamiętać. Coś, co warto zachować, gdzieś tam.

Nie miała żadnych szczególnych marzeń dotyczących swojej przyszłości, poza jednym: być zajętą ​​i być ważną. Zawsze potrzebną gdzie indziej. Prosty skutek obserwowania rodziców, którzy zawsze szybko się poruszali, ciągle pomiędzy wyłożoną drewnem kuchnią w ich małym mieszkaniu a ważnymi rzeczami o wielkiej wadze. Nie wiedziała, co dokładnie robili, wiedziała tylko, że to coś znaczyło. Prawdziwe coś, niepodobne do niczego ze świata małej dziewczynki. Często była ostatnim dzieciakiem wieczorem w przedszkolu, ale to było w porządku. To ją cieszyło, napawało dumą, ponieważ wiedziała, że ​​jej mama robi rzeczy o wiele większe, niż jej małe istnienie mogło pojąć. Być ciągle w ruchu, spóźniać się, być zmęczoną i zajętą; taka chciała być.

Potem dorosła, być może stała się być może zupełnie inną osobą. Nadal fatalną z matematyki. Teraz miała tlenione blond włosy, nagle była zajęta, popijała rum z colą, mrugała i strzelała oczami, trochę zagubiona -ale to bez znaczenia - głośna i lekko irytująca. Plastikowe pierścionki i kolorowy eyeliner. Wiesz, jak to jest, gdy jest się tak młodym. Gdy jutro jest oszałamiające, lśniące, obiecane i nieistniejące. Dlaczego miałoby mieć znaczenie. Wszystko należało do niej, było jej - do stracenia, więc dlaczego nie? 

Jeździła Fordem w kolorze dojrzałej wiśni, który dziś pewnie jest kupą metalu, ale wtedy był wyjątkowy. Tak cenny jak symbol niezależności. Ogromny pluszowy kot, rudy z różową kokardą- zwisający jak brelok przy kluczach. Stos starych płyt CD od mamy. Inne rzeczy, które miały dla niej znaczenie w tamtych czasach: właściwie niewiele.

To był czas niewiedzy. Niewiedzy, co będzie dalej, niewiedzenia lepiej, niewiedzy czy robi dobrze i niewiedzy że poczucie że wie się wszystko jest nieprawdziwe. Dokładnie tak, jak powinno być. To, co czuła było całym światem. Zgniatanie puszek po coli, upuszczanie kluczy z głośnym hukiem, gubienie cennych rzeczy, szeroki uśmiech (do zdjęcia szerszy). Jeszcze nierozłączni najlepsi przyjaciele, tak bardzo cię kocham, leżenie w polu nocą. Mówienie, że to będzie trwało wiecznie. Było tak?

***
Cokolwiek się wtedy wydarzyło, ostatecznie stało się niczym więcej niż wpisem w dzienniku, który mogła przeczytać ponownie, zanim zdecydowała, czy go zatrzymać, czy wyrzucić. Przeprowadzała się za granicę. Wynajęła mieszkanie w innym kraju. Chciała się rozdzielić na dwie części. Mieć życie tu i gdzie indziej. W imię dziecięcego marzenia o byciu w ruchu, miała teraz małą, plastikową walizkę, która stała się czymś w rodzaju przedłużenia jej samej. Kolejne bardzo ważne wspomnienie: pakowanie tej walizki, co tydzień lub dwa. W środku - ulubiona jedwabna sukienka, złożona na cztery, lekka i cienka, więc zawsze się tam mieściła. Rzędy plastikowych pojemniczków z soczewkami kontaktowymi, w kieszeni na suwak pomiędzy przegródkami, aby zawsze wiedziała, że na pewno ​​je spakowała. W przeciwnym razie nie widziałaby prawie nic, ponieważ jej wzrok pogarszał się z roku na rok. Często kupowała swojemu chłopakowi butelkę wina, zawsze z ładną etykietą, więc zwykle i ona jechała w walizce. Kiedy ciągnęła ją za sobą po kocich łbach, martwiła się, że butelka pęknie albo całkiem się stłucze. Życie naprawdę przypominało dwie oddzielne połowy, połączone cienką nitką linii kolejowej. Kiedyś jej dziwny sąsiad próbował opisać ją jednym słowem – jesteś unterwegs, powiedział. Cieszyła się, że tak ją widział. W imię dziecięcego marzenia o byciu w ruchu.

Nigdy nie nosiła przy sobie gotówki, co było osobliwym wyborem, zwłaszcza mieszkając w mieście, w którym można płacić prawie tylko gotówką. Jak można sobie poradzić? Polegając na życzliwości przyjaciół. Czasami nieznajomych. Rzadziej, znajdując to jedno miejsce, które przyjmuje karty. Bezwstydnie. Odeślę ci jutro rano. Postawię ci następnym razem. Dlaczego była taka? Nie potrafię powiedzieć. Być może chciała w ten sposób pokazać, że jest tu tylko na krótko, tymczasowo, nie na zawsze – mam pociąg o 5 rano, więc nie będę dziś spać –  po co jej gotówka w lokalnej walucie? Chociaż miała wynajęte mieszkanie, zakupy spożywcze, rzeczy do zrobienia, coś, co można by nazwać całym życiem. Rachunek za telewizję, nazwisko na dzwonku, sąsiada, który wymyślił słowo, aby ją opisać. 

W tym czasie pisała też wiele fikcyjnych opowiadań. Następne z ważnych wspomnień – zagłębianie się w proces tworzenia. Tak jak wtedy, gdy była dzieckiem, choć jednak nie do końca, właściwie wcale nie tak jak wtedy, ponieważ nagle pojawił się strach przed stworzeniem czegoś niedobrego, nieistotnego, egoistycznego, bezsensownego lub wtórnego, który zmuszał do przewartościowania sposobu myślenia o tworzeniu. Od rozważania całkowitego poddania się, wyrzucenia wszystkiego w niebyt i nie patrzenia tam nigdy więcej, do ponownej próby, jeszcze jednej, ostatniej, aż do oswojenia strachu. I stworzenia czegoś niedobrego. Okazało się, że nie jest to takie straszne. Nawet konieczne. Przedstawić, pokazać coś, co nie jest mocne, jak powiedzieliby jej nauczyciele ze szkoły filmowej. Coś, co może jest niefortunne, ale nosi ślady rzeczywistych prób, pokazuje błędy, niedoskonałości, luki w fabule. Piękne na swój dziwny ułomny sposób.

Zresztą, twórczość nigdy nie jest aż tak poważna. Aż tak na serio. Naprawdę. Odpuszczanie. Zaufanie sobie. Proces, który, jak się okazuje, zajmuje całe życie. Może jeszcze dłużej.

***
Patrzę na nią, chociaż każdego dnia jest ode mnie coraz dalej i dalej. To pozwala mi widzieć lepiej – pełniej, dzięki czemu patrzę na nią łaskawiej i z wyrozumiałością. Chociaż czasami nie mogę przestać obwiniać jej o rzeczy, których żałuję i rzeczy których się wstydzę i o cały ciężar, który niepotrzebnie dźwigam, ale którego jakoś nie potrafię na dobre zostawić za sobą. Chociaż chciałabym, żeby była trochę inna i żeby choć trochę postarała się ułatwić mi moje życie. 

Na ile mogę ufać temu, co o niej pamiętam? Jak pamięć może być wystarczającym dowodem na to, co się wydarzyło? Jak mogę ją zobaczyć bez mojego filtra, filtra mnie, wiele lat do przodu? Dzisiejsza ja to posiadaczka teczki, ja, znająca i ceniąca takie rzeczy jak profesjonalizm i rozsądek, i ja w związku, który jest prawdziwy. Taki, że kiedy moi przyjaciele pytają mnie, jak tam, mogę powiedzieć, że wszystko dobrze. Jak ja mogę patrzeć na nią, bez nadmiernej krytyki czy protekcjonalizmu? Albo prościej, jak mogę zobaczyć ją jako siebie, inną, ale ostatecznie, tę samą osobę?

Pewnego wieczoru, z moją mamą, w samochodzie. Już nie w wiśniowych czerwieniach, ale w grafitowej Toyocie, w kolorze czubka ołówka, głębokim i lekko błyszczącym. Jechałyśmy przez zakurzoną drogę wśród pól, w drodze do domu, w którym dorastałam. Nie pamiętam, jak zaczęłyśmy ten temat, ale rozmawialiśmy o naszych młodszych wersjach, nieuchronnie kończąc na pytaniu: co powiedziałbyś sobie z przeszłości?
Mama mówi, że nie powiedziałaby jej niczego, może poza tym, żeby po prostu żyła swoim życiem.

Ponieważ robiła wtedy, co mogła, najlepiej jak mogła. I jak ja mogę wiedzieć o jej życiu więcej niż ona?

I właśnie za to jestem sobie-samej-jej wdzięczna. Że przeżyła swoje życie, jak chciała w tamtym czasie. Tak jak ja w moim. Życie pełne dziwnych decyzji, życie, na które przewracam oczami, życie, które było niepoważne, chociaż wszystko wydawało się najpoważniejszą rzeczą na świecie. Powoli rozumiała, uczyła się, nawigowała. Życie, które można zacząć od nowa każdego dnia. Życie, w którym w ogóle o mnie nie myślała, bo dlaczego miałaby myśleć o kimś, kogo uważałaby za całkowicie obcego.

©2025