(5)  On losing

Oto jak jest: od wczesnego dzieciństwa uczy się nas, jak zdobywać, wygrywać, osiągać. Że zdobywanie jest naszym celem, celem w zasadzie wszystkiego. Że musimy, albo chociaż powinniśmy dążyć do uzyskiwania. I uważam, że to piękne, naprawdę. Ambicja, myśl o możliwych osiągnięciach może dać poczucie siły, a przynajmniej motywacji. W końcu na tym zbudowany jest ten świat. Nie chodzi tylko o fizyczne posiadanie; chodzi również o wszystko inne. Zdobyć, osiągnąć, nabyć, znaleźć. Trzymać i zamknąć w zaciśniętej dłoni na zawsze – to jasna droga do postępu w życiu. 
Ale nic nie jest na zawsze, zaciśnięta dłoń boli, a istnienie jednego zawsze implikuje istnienie drugiego. Po drugiej stronie zdobyczy jest strata. Równorzędna. Obecna. Wszystko, co można zyskać, można równie dobrze stracić. Niezaprzeczalna, najprostsza prawda. A jednak, jak trudno ją zrozumieć. 

Łatwo jest odnaleźć się w zdobywaniu czegoś, posiadaniu więcej. Niech to będzie awans, nowi przyjaciele, nowy kochanek, nowe meble, nowe umiejętności. Cokolwiek. Jak łatwo to przyjąć jako należne i stałe. A potem jest strata, nieodłącznie obecna za każdym razem, gdy pojawia się zysk. Nikt nas nie uczy, jak tracić. Jak otwierać zaciśnięte na zdobyczach dłonie. Strata zawsze wydaje się bolesna. Jest bolesna. Jest nieodwracalna.

Coś, co niedawno mi się przydarzyło: piszę pracę naukową o poetach Szkoły Nowojorskiej i złożyłam wniosek o stypendium badawcze, które obejmowałoby wyjazd do tego miasta i uzyskanie dostępu do naprawdę wyjątkowych archiwów. Rękopisów czy listów Franka O’Hary i temu podobnych. Napisałam długi wniosek, zebrałam listy polecające. Poza tym: nie przestawałam o tym mówić, zaplanowałam cały mój miesięczny pobyt, powiedziałam wszystkim, żeby nie robili żadnych planów ze mną na wrzesień, ponieważ mnie nie będzie. Będę spędzać dni przeglądając prawie stuletnie dokumenty, robiąc notatki, dowiadując się się tyle, ile nie mogłabym się dowiedzieć nigdzie indziej. A noce będę spędzać na piciu tych drinków w brooklyńskich barach. Zagadując nowojorczyków i poznając nowych przyjaciół. Mówiłam, że ja po prostu umrę, jeśli nie dostanę tego stypendium. 
I nie dostałam. Powód: obecne napięcia i niepewność związane z wydawaniem wiz do USA zagranicznym badaczom. 

Nie umarłam. Nie byłam nawet szczególnie smutna. Zła, może. Nie wiem. Spędziłam tyle czasu na myśleniu i planowaniu, że wizja Nowego Jorku jesienią była stale obecna we wszystkim, co robiłam w tamtych dniach. Bycie rozczarowaną nie było bynajmniej nowym doświadczeniem, ale takim, które zmusiło mnie do ponownego przemyślenia sprawy osiągnięć i celów.

Ponieważ ja, jak wielu innych, byłam nastawiona na ciągłe osiąganie sukcesów, rzadko na porażki czy pani już dziękujemy, odezwiemy się. Na ciągłe bycie gotowym do zrobienia kroku naprzód. Na miewanie wątpliwości, owszem, ale tylko po to by umieć je tłumić i nie myśleć w ten sposób. Nie mów tak. Dostaniesz to. Na pewno.

Rozumiem, że to może być dobry sposób na życie. Sama czasami tak robię- albo chciałabym tak robić – po prostu żyć do przodu, ślepo wierząc w siebie, swoje umiejętności, swoje szczęście. Myślę, że to wymaga dużej siły, by nie okazywać niedowierzania, że coś może się nie udać. 

Ale o to właśnie mi chodzi: dlaczego samo w sobie nieotrzymanie tego, czego się pragnie, jest traktowane jako coś z natury złego, skoro jest to realna, ważna część życia? 

Stypendium, którego nie dostałam: w porządku. Wciąż muszę dokończyć pisanie pracy i wciąż mam obszerną wiedzę na temat nowojorskiej szkoły poetów i malarzy. Wciąż mam tendencję do nadmiernego chwalenia się tym. Mimo że jest jeszcze tak wiele, czego nie wiem i może nigdy nie się nie dowiem – pomimo mojej naprawdę bogatej osobistej biblioteki, którą uwielbiam, składającej się z tomów archiwalnych, które gromadziłam i studiowałam przez lata, czasami z szalonym wysiłkiem, żeby je dostać. Wciąż mam swoją pasję i ciekawość i wrażliwość, które ostatecznie sprawiają, że jestem zainteresowana, chcę i mogę prowadzić swoje badania. Nie twierdzę, że kluczem jest szukanie pozytywów w każdej sytuacji. Chodzi mi raczej o to, że brak czegoś więcej nie podważa samej podstawy tego, kim jesteśmy i co już mamy; tego, dlaczego robimy to, co robimy.

***

Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie ma takiej straty, która podsuwa nam pytania o to, kim jesteśmy. Takiej, która wstrząsa naszym światem tak, że niełatwo jest się w nim odnaleźć. 

Myślę o tym, kiedy leżę w łóżku z kimś, kogo naprawdę kocham i z kim czuję prawdziwą więź. Instynktowne uczucia. I to jest wspaniałe. Móc poznać kogoś tak dobrze. Każdy dzień w twoich myślach. Zawsze obecny. Siedem telefonów dziennie, jeśli jesteśmy gdzieś osobno. Cokolwiek się dzieje, on wie pierwszy. Albo ja wiem pierwsza. W końcu dzielimy życie. Jest najlepiej. Bez wątpienia. 

Czy pamiętam, kim byłam wcześniej? Mam taką nadzieję. A może nie – w końcu być kochanym to być zmienionym. Czy to nie jest prawda? Być razem to zrezygnować z części swojej niezależności. To pozwolić komuś innemu wprowadzić inny porządek do twojego życia. Taki, który zakłada bycie razem. Czyjaś kawa w twoim ulubionym kubku. Jedna kołdra, dwa komplety ręczników. Codzienne pytanie, co o tym myślisz? Ręka do ściskania podczas nocnego spaceru do domu. Przypadkowy moment, który nagle wydaje się jakoś głęboki i przejmujący. Jak pojedynczy włos znaleziony między stronami książki, którą czytasz. Pytanie które buty mam dziś założyć? A potem czekanie. Mnóstwo czekania. Aż on skończy pracę. Aż wrócę. Aż nadejdzie właściwy czas. Śmiejemy się i myślę, że to zapamiętam na zawsze, tylko po to, by zapomnieć, co to było kilka godzin później. Nic nie szkodzi, momentów jak ten będzie jeszcze mnóstwo. Taki dar: móc mieć pewność, że taka radość się powtórzy.

Mam duże szczęście, że znalazłam osobę, na którą mogę liczyć każdego dnia. Że zawsze mam kogoś, kto powie mi, kiedy wydarzy się coś zabawnego, strasznego, czy jakiegokolwiek. To wydaje się rzadkie. To coś, o czym marzyłam odkąd pamiętam. Coś, o czym zawsze wiedziałam, że muszę to znaleźć, a raczej zbudować. 

Nigdy szczególnie nie myślałam nad tym,  że z każdą próbą dawania i przyjmowania miłości wiąże się nieunikniona możliwość straty. Zależało mi na znalezieniu, na posiadaniu. Myślałam, że jeśli się nie uda, to trzeba iść dalej, im szybciej, tym lepiej. Ponieważ nie było możliwości, żeby po prostu stracić. Nie było czasu na akceptację tej pustki, na akceptację uczuć – bycia zagubionym, samotnym, bycia zmienionym w głębi duszy.
Staram się wmówić sobie, że pomimo przytłaczającej miłości do miejsca, w którym jestem w swoim życiu, to nie jest ostatnia rzecz, którą poczuję; to nie jest koniec tej historii. Naprawdę chciałabym, żeby to było trwałe, ale przecież może nie być i nie dowiem się tego teraz. Jakkolwiek się to potoczy, przyniesie to własne straty. Może niezależność i odrębność. Może uczucia dzielone z kimś. Myślę często o haiku, które napisał Mizuta Masahide:

Odkąd mój dom spłonął,
mam teraz lepszy widok
na wschodzący księżyc.

Since my house burned down
I now have a better view
of the rising moon

 ***

Kilka miesięcy temu, mój tata, mój brat i ja jechaliśmy samochodem na pogrzeb. To była około dwugodzinna podróż. Potrzebowałam przerwy na toaletę, więc zatrzymaliśmy się w lokalnym centrum handlowym. Był wtorek rano. Centrum sprawiało wrażenie przestrzeni z innego świata, jak z gry wideo. Zupełnie pustej. Wyglądaliśmy pewnie jak trzej agenci z jakiegoś amerykańskiego filmu, ubrani cali na czarno. Miałam na sobie wysokie obcasy, które głośno stukały o błyszczącą, beżową posadzkę. Oczy za ciemnymi okularami. Wszystko to przypominało sekwencję ze snu bardziej niż z podniosłego dnia pogrzebu. 

Czekając na moich towarzyszy, weszłam do sklepu; chciałam kupić sobie coś do picia. Oprócz mnie nikogo tam nie było. Stanęłam przed dużą lodówką wypełnioną różnymi napojami gazowanymi i sokami. Jej ciche, monotonne brzęczenie wypełniało przestrzeń sklepiku. Pamiętam łzy napływające mi do oczu. Nie chodziło tylko o pogrzeb, to ta pustka centrum handlowego, cała dziwność tego miejsca, chłód lutego, który podążał za mną nawet po wejściu do środka, absurdalna elegancja moich obcasów, które wyglądały tak głupio na tle lodówki, kolory, które wydawały się tak intensywne w porównaniu z moim czarnym strojem i pojedyncza sprzedawczyni, która patrzyła na mnie ze swojego krzesełka. W końcu sięgnęłam po jaskrawoniebieski napój dla sportowców. Coś, czego nigdy nie kupuję.Pomyślałam sobie, że ten ładny kolor jest w pewnym sensie radosny, w pewnym sensie dobrze pasuje do nierealnej, a zarazem boleśnie prawdziwej atmosfery sytuacji. Usiadłam na ławeczce na środku centrum pijąc swój błękitny napój. I płakałam. I czekałam. Kiedy mój tata i brat wrócili, jeden z nich, naprawdę nie pamiętam kto, zapytał, dlaczego kupiłam taki obrzydliwy napój. A potem zażądał łyczka. Jedno głupie wspomnienie z tamtego dnia. 

Później w końcu dotarliśmy do celu, nie bez drobnego zgubienia się. Bycie na pogrzebie; najbardziej oczywisty, ostateczny symbol straty. Nie muszę szukać w tym głębszego sensu, tak po prostu jest. 

Ale wiem jedno: żal, choć bolesny, może też działać jak ster. Przypomina mi o tym, co mam i skąd to wzięłam. Kieruje mnie ku rozpoznaniu dziedzictwa, które ktoś pozostawił w moim życiu; we mnie. Ku wdzięczności i jasności. Pamiętam pewne zdanie z przemówienia wygłoszonego na tym pogrzebie, o tak wielkiej miłości, która pozostaje. Miłości, która objawiła się na tak wiele różnych sposobów, że czasami tylko żałoba, w całym swoim trudzie, pozwala ją rozpoznać. Za wszystkimi warstwami bólu, w żałobie kryje się najcenniejsza rzecz: wspomnienie, które pozostaje na zawsze. Żyje. I nie ma na tym nic do zyskania. Może tylko doświadczenie, że od straty nie warto uciekać.

***

©2025