(1) On spaces in-between
Te wspomnienia czuję wszystkimi pięcioma zmysłami. Ta szorstka, irytująca faktura podłokietników, drażniąca, błękitno-pomarańczowa kombinacja przemysłowych kolorów. Ten metaliczny, prawie elektryczny, kolejowy zapach, zmieszany z aromatem kawy serwowanej z przewoźnego termosu. I ten wyjątkowy dźwięk, który nie istnieje nigdzie indziej - gwałtowny świst pociągu jadącego w przeciwną stronę na torze obok.
A przedtem, miękkie, ciepłe światło mojej nocnej lampki, która kupiłam jeszcze w domu i przywiozłam tutaj, przypiętą pasami w samochodzie ojca. Na zegarze 4.30, kawa parzy się na kuchence i - co absolutnie niezbędne - włączony telewizor i powtórki sitcomów z niemieckim dubbingiem.
Wszystko po to, żeby z powrotem nie zasnąć na pospiesznie pościelonym łóżku. Nie zapomnieć dokumentów. Nie zapomnieć kluczy. Nie zapomnieć tych wszystkich wrażeń, których i tak nie mogłabym zapomnieć. Tego porannego pociągu, który przecież zostanie ze mną na zawsze.
Pociąg o piątej rano, ze wszystkimi jego szczegółami, taki zwykły, taki nieciekawy, a jednak pamiętam wszystko tak dokładnie. Właściwie widzę to wyraźniej niż budynek uczelni, na którą chodziłam przez dwa lata, wyraźniej niż ulice którymi chodziłam tysiące razy, lepiej niż noce na mieście, podczas których jedyne o czym myslałam to to, że nigdy nie będę mieć tyle czasu, ile mam teraz, a zresztą, tych nocy i tak się nie pamięta.
Podróż zaczynała się na stacji Berlin Hauptbahnhof i kończyła trzy godziny później na stacji Poznań Główny.
Trzy godziny bycia ani tu, ani tam. Rozmawiania z obcymi obok mnie, jakbym znała ich od zawsze. Dawania rad, gdzie można się napić w Berlinie, bo na pewno wiem, albo wyglądam jakbym wiedziała. Dyskutowania o polskiej polityce, ponieważ, oczywiście, ja się znam. Lubię to uczucie, jakbym wiedziała coś czego inni nie wiedzą o danym miejscu. Lubię dawać wskazówki, które częściej prowadzą donikąd niż odwrotnie.
Trzy godziny, podczas których bycie ekspatem było powodem do dumy, bardziej niż do litości. Te dwa stany zawsze współistnieją ze sobą; tylko ich proporcje bywają różne. W pociągu miałam wrażenie, że cała moja ciężka praca i łut szczęścia, które pozwoliły mi być ekspatem skoncentrowały się w formie wracania do domu stamtąd.
To wszystko wydawało się takie proste, może dlatego, że pociąg pędził 200 km/h oddalając się od mojego małego berlińskiego mieszkania, gdzie zostawiałam wszystkie moje rozterki, samotność i to uczucie, że może jednak niczego nie robię dobrze. Pociąg zamieniał wszystko co na zewnątrz w rozmytą smugę, a słońce nieodmiennie wschodziło.
***
Potem, o 9.00, wsiadałam do taksówki. Patrzyłam przez okno, kiedy wyjeżdżaliśmy z dworca Poznań Główny i jechaliśmy przez centrum miasta. Nic się nie zmieniło, ale zawsze miałam nieodparte uczucie jakby coś ważnego wydarzyło się, kiedy mnie nie było. Coś, w czym chciałabym uczestniczyć. Jakbym opuściła miejsce, gdzie powinnam być i ono na mnie nie poczekało, żyło własnym życiem, uświadamiając mi, jak rzeczywiście nieznacząca jest moja obecność. Pomimo to, wciąż miałam poczucie ulgi, że jestem z powrotem tu, że na pewno jestem częścią tego miasta, a może jednak że to miasto jest częścią mnie. Czułam wręcz zaborczą chęć posiadania tego, co już jest niepodzielnie moje.
Widzę w tym prostą logikę: tu się urodziłam i dorastałam, pomiędzy trzema naszymi domami, każdym w innej dzielnicy miasta. Tu chodziłam do szkoły, tu miałam przyjaciół, tu byłam słaba z matematyki. Wszystko tu.
Później dojrzałam, odkryłam że to czerwiec jest moim ulubionym miesiącem, urządzałam imprezy, jeździłam rowerem zbyt blisko autobusu na tym jednym szczególnym rondzie, nakrzyczałam na kogoś i ktoś nakarzyczał na mnie, spędzałam długie noce siedząc niemal zawsze w tej samej knajpce, na tym samym krześle, spotkałam kogoś, a potem kogoś innego, zgromadziłam dwieście książek, z których każda była dla mnie tak ważna, złamałam obcas i zgubiłam klucze, śmiałam się aż do płaczu i płakałam aż do śmiechu, wyobrażałam sobie inne miejsca, wyglądające zupełnie inaczej niż tu, uczyłam się rozpoznawać ptaki po głosie, patrzyłam w czyjeś oczy i myślałam, przez chwilę, że to wszystko ma sens. Przeklinałam dziury w chodniku, tylko po to, żeby stanąć i patrzeć w zachwycie na historyczne budynki. Wsiadałam do samolotu, żeby samotnie polecieć do Nowego Jorku, gdzie wzdychałam dlaczego nie urodziłam się własnie tam, tylko po to, żeby wrócić i skończyć tu, znów.
A jednak, w tle, marzyłam o życiu gdzieś, gdzie jest więcej, lepiej. Jakbym instynktownie czuła, że moim przeznaczeniem jest wyjechać. Ruszyć w drogę i znaleźć brakujący element, który sprawi, że poczuję, że jestem na właściwym miejscu. Zostawić za sobą wszystko co znam tak dobrze i od czego czuję się w jakiś pokrętny sposób lepsza. Wrócić na tydzień lub dwa na Święta, opowiedzieć nowe historie przy rodzinnym stole uśmiechając się uprzejmie, a potem, właściwie bez żalu, wrócić tam. Do domu - tego który świadomie wybrałam, z którym czuję więź w jakiś sposób prawdziwszą niż to co czuję do miejsca, w którym się urodziłam, bo nowy dom wybrałam sama i ciężko się napracowałam, żeby zbudować sobie tamtejsze życie. Wracam do mojego domu, gdzie moje nazwisko jest małą naklejką na dzwonku, z prostym "z" w zamiast polskiego "ź", gdzie rano patrzę z balkonu w dół, na ulicę, obserwując stylowych mężczyzn i eleganckie kobiety jadących na rowerach, nawet zimą, którzy nie wpadają w żadne dziury ani nic takiego, wszystko tętniące życiem, przyjazne. I gdzie jestem ja, teraz część tego życia.
Właśnie taki był Berlin. Piękny. Żywiołowy. Zawsze coś się działo, gdzieś trzeba było być, ciągle z kimś się spotykać. Moje mieszkanie, małe, ale mające wszystko czego potrzebowałam. Uprzejmi sąsiedzi, którzy pomogli mi się wprowadzić i nigdy nie skarżyli się na muzykę, której słuchałam z głośników, niekoniecznie przejmując się kontrolą głośności. Bardzo się starałam. Zostałam stałą klientka w niektórych barach i kawiarniach, zaprzyjaźniłam się z ludźmi za ladą, chciałam udowodnić moją powtarzająca się obecnością, że tak już teraz będzie zawsze. Miałam ulubione sklepy i nigdy nie zmieniająca się listę tygodniowych zakupów. Miałam przyjaciół. Mówiłam po angielsku - z ciężkim, wschodnim akcentem, który sprawiał, że mój angielski brzmiał płasko i kwadratowo. Takie przypomnienie czego nie mogę się pozbyć ani o czym zapomnieć za każdym razem, kiedy się odezwę. To było denerwujące, ale w pewien sposób czarujące. Pomimo moich usilnych starań, aby sprawiać wrażenie, że pochodzę z dokładniej niesprecyzowanego miejsca na świecie, poprawna wymowa takich słów jak mountain lub February wymykała mi się i zdradzała że nie jestem "ze świata" ale raczej z bardzo dokładnie określonego miejsca na świecie.
***
Czasem, wsiadając do pociągu, czułam jakbym wkraczała w przestrzeń pomiędzy. Moją przestrzeń pomiędzy, samo-oddzielająca się od swojego początku i końca. Będąca jednocześnie ulgą i obietnicą. Obietnicą, że na końcowej stacji czeka brakujący element. Ekscytacja w podróży z Poznania do Berlina. Myśl, że zaraz przejdę przez długi korytarz, na końcu którego, po prawej stronie, były moje drzwi, drzwi do mojego mieszkania. Tam, gdzie była większość mojego życia, tego, które sama tworzyłam dla siebie, takiego, jakiego zawsze chciałam. Tego, które okazało się być wszystkim czego szukałam. Tego, za którym goniłam, będąc przekonana, że jest lepsze. Tego, gdzie wydawało mi się, że lśnię, mój blask tylko czasem przygaszony moim dziwnym akcentem.
Tylko dlaczego, będąc zasymilowana z lepszym, czułam ulgę wsiadając do pociągu w stronę domu. Dlaczego czułam, jakbym z każdym kilometrem zbliżała się do miejsca, gdzie bez żadnego wysiłku pasuję i należę. Do miejsca, z którego dobra i zła- choć przeklinam to codziennie - jestem zrobiona, które jest tak nieodwołalnie i niezmiennie moje, że jego utrata mnie przeraża. Znane twarze, smaki, znany gniew. Miejsce, które nie może ruszyć do przodu beze mnie, choć oczywiście, że może. Gdzie mogłam czuć się bezwstydnie beztroska. Bezwstydnie, dopóki nie przypomniałam sobie o życiu, które czeka gdzie indziej.
***
Poranek. Pociąg. Przestrzeń pomiędzy, ta prawdziwa. Tak wcześnie, że czuję jakbym była jedyną osobą na świecie która nie śpi. Ciepłe światło, rześkie powietrze, ciche ulice, przez ten jeden ulotny moment. Wspomnienia, które czuję wszystkimi zmysłami, nawet jeżeli to nic takiego. Tak naprawdę, niewiele.