(2) Same, but different
W listopadzie mój brat i ja polecieliśmy do Tokio. On wziął kilka dni urlopu, ja właśnie obroniłam dyplom.
Patrząc wstecz, mogłabym określić mój ówczesny stan jako przejściowy i bardzo, bardzo dziwny.
Tamta jesień była czasem końcowych ocen. Czas przeprowadzki z miejsca, gdzie spędziłam kilka ostatnich lat. Czas oddawania kluczy do mieszkania złośliwemu właścicielowi z myślą, że może mogłabym zostać miesiąc lub dwa dłużej, uświadamiając sobie jednocześnie, że to już, że to już ten moment, kiedy "cały wielki świat stoi otworem" i nie jestem już więcej przywiązana do niczego, za wyjątkiem, oczywiście, potrzeby odniesienia sukcesu i poczucia, że nie mogę, po prostu nie mogę zmarnować tego cennego czasu. Nieważne, że moja osobista wizja sukcesu była wciąż ulotna i niezdefiniowana. To po prostu musiało się wydarzyć.
Zatem pomiędzy rozpakowywaniem toreb i rozsyłaniem portfolio, w koszmarnej, listopadowej pogodzie siedziałam przy lotniskowej bramce z bratem. Cztery lata starszym ode mnie, obdarzonym daleko bardziej logicznym umysłem niż mój, co sprawiało, że wszystko było na swoim miejscu - siedzenie tam, oglądanie startujących samolotów, pytanie go, jak to wszystko tak naprawdę działa? Starszy brat do usług pytającej małej siostrzyczki, cierpliwe wyjaśniający jeszcze raz i jeszcze raz, kiedy mówiłam, że nadal nie do końca rozumiem.
"To jest właściwie zaskakująco bardziej skomplikowane niż się wydaje" powiedział w pewnym momencie z westchnieniem.
***
Trzynaście godzin później wylądowaliśmy na lotnisku Haneda. Dwa przejazdy autobusem później byliśmy w Shinjuku. Okna naszego hotelowego pokoju wychodziły na budynek Tokyo Metropolitan Government, a zaraz obok była chińska restauracja, gdzie poszliśmy na kolację. Ściany były tam czerwono - żółte, stoliki lepkie i przeważnie wolne, zdjęcia w laminowanym menu wyblakłe, a drinki wielkie i lodowate. Kelner nosił koszulkę z Bartem Simpsonem.
Na tym tle my - mój brat i ja, nad parującymi miseczkami kleistej słodko-kwaśnej zupy, ze szklankami wypełnionymi po same brzegi piwem Sapporo. Siedzieliśmy na krzesłach o drewnianych ramach i poduszkach pokrytych skórą w kolorze starego kasztana, gawędząc o locie, o tym jak było zimno i jak dobrze napić się rześkiego piwa. Robiliśmy zdjęcia, dla rodziców. Jedno z piwem. Jedno z widokiem. Jeszcze jedno. Wspólne selfie, szeroki kąt obiektywu.
Na zewnątrz było wietrznie i ciemno. Przesuwałam mapę Tokio na ekranie telefonu, robiąc notatki, gdzie pójść jutro.
Myślę, że pamiętam tę kolację tak szczególnie, bo, tak, to była pierwsza noc w Tokio, wszystko było takie ciekawe, takie ekscytujące i takie wyjątkowe. Ale chodziło o coś jeszcze, czego nie spodziewałam się odnaleźć w tamtym miejscu, a na pewno nie w tamtym czasie.
To tam, siedząc z miską zupy, której nigdy wcześniej nie jadam, dziewięć tysięcy kilometrów od domu, w nieco szemranej restauracji, rozmawiając o pogodzie poczułam coś, co było mi w zasadzie mało znane. Głębokie poczucie komfortu. To było to, w końcu, za czym tęskniłam od tak dawna, co zagubiłam pomiędzy karierą a rzeczami ciągle upychanymi w walizce.
***
Taka jest prawda: nie da się niczego udawać przed rodzeństwem. I tak cię przejrzą. Po prostu, znamy się. Bez względu na wszystko.
Jest coś niepowtarzalnego w dorastaniu razem, w byciu dziećmi, razem, spędzaniu czasu w tych samych wyobrażonych światach i we wiecznych kłótniach o telewizyjnego pilota. W siedzeniu razem z tyłu samochodu rodziców, zawsze po swojej stronie i dzieleniu batonika dokładnie na pół.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim, niepostrzeżenie, staliśmy się zupełnie odrębnymi osobami. Mój brat jest stoikiem, a ja płaczę i rozpaczam z byle powodu. On się zastanawia, ja jestem impulsywna. On wie, ja - nie wiem. I szczerze - rzadko chcę wiedzieć.
Tak jest i pewnie tak powinno być. W końcu nie ma już wspólnego życia, batonika można zjeść całego, samemu. W pewnym momencie wspólna droga dzieli się na dwie, niekoniecznie równoległe i wszystko co możesz zrobić to iść w swoją stronę, machając do rodzeństwa. Dalej i dalej od siebie, a przecież ta bratersko-siostrzana więź pozostaje. Momentami wydaje się coraz słabsza, jednak zawsze jest, intensywna i unikalna. Ewoluuje, ale pozostaje, niezmiennie kluczowa dla tego, kim jesteś.
Z każdym łykiem zimnego Sapporo wiedziałam, że jest dokładnie tak jak powinno być: znów zagubiona ja, która nawet nie zbliżyłam się do zrozumienia tego, co chciałam zrozumieć, w miejscu tak obcym jak to, z kimś kto wie i zna mnie na wylot. Z kimś, kto nie mógłby być bardziej inny ode mnie, a jednak, jest w zasadzie identyczny. Z kim przebywanie pomaga mi zobaczyć o wiele wyraźniej kim jestem.
***
Następne dni spędziliśmy włócząc się po dzielnicach Tokio. Wstawaliśmy wcześnie, nieznośnie wcześnie. Spędzaliśmy dużo za dużo czasu próbując znaleźć właściwy peron na stacji Tochomae. Zaskoczyła nas cisza w wagonach metra, którą (jak mi wstyd) przerywaliśmy czasem, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Linia Odakyu do Shimokitazawy, Ginza lub Oedo - do wszystkich innych dzielnic. Potem po prostu chodziliśmy po okolicy, chłonąc atmosferę. Robiliśmy zdjęcia, nigdzie się nie spiesząc, bez presji, popijając kawę przy kanale Meguro i obserwując ptaki w parku Yoyogi. Oto my, nie będący w stanie wybrać przekąski w Family Mart, nieustannie doładowujący karty metra, patrzący przez dziurkę jednojenowej monety.
Było coś naturalnego w spędzaniu czasu razem, w byciu w nieznanym z kimś, kogo znasz tak dobrze. Z kim możesz się zgubić, z kim możesz próbować zrozumieć. Zupełnie jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi. My dwoje i świat dookoła, czekający aż go odkryjemy i nadamy mu sens. Jak jedność, nieważne, że od dekady mieszkamy w innych krajach, robiąc różne rzeczy, chodząc ścieżkami tak od siebie odległymi, że właściwie trudno się zobaczyć z tej odległości, a przecież czuliśmy jakby przez te dwa tygodnie wszystko było jak dawniej.
***
Pewnej nocy, pod koniec naszej wycieczki, weszliśmy do jednego z tokijskich barów. Był mały, z niskim sufitem, stłumionym światłem, wąskim barem i kilkoma stolikami. W menu - lokalne wina i przekąski. Orzeszki w sojowej glazurze, sałatka z kolendry i sezamu.
Usiedliśmy ściśnięci w rogu, na niewygodnych barowych krzesełkach, sączyliśmy wino i rozmawialiśmy o tym i owym, aż nagle się załamałam, przytłoczona niezwykłością tego wszystkiego. Jak dziwnie być tutaj, w tym barze w Ginza. Jak dziwnie być tak daleko. Jak dziwnie, jakimś cudem, poczuć trochę spokoju i pewności, że jest dobrze i to co ważne w życiu to właśnie to i tylko to, co dzieje się teraz.
Czując w sobie lekkie ciepło japońskiego wina, lekki smutek, że podróż się kończy, głównie martwiąc się o to, co będzie, kiedy wrócimy do rzeczywistości i będę musiała zmierzyć się z tą dumną przyszłością, którą sobie wymyśliłam. Co będzie, jeżeli okaże czymś na co nie jestem w ogóle przygotowana?
W pewnym momencie mój strumień myśli musiał przerodzić się w strumień słów, bo gdy zaczęłam zatracać się w martwieniu, brat nagle powiedział, że to nic nie szkodzi. Nic nie szkodzi, że spróbuję i nawet lepiej, że nie wyjdzie. Że dam sobie radę, i nawet jak zepsuję, wszystko, pokłócę się z szefem, zwolnię się lub mnie zwolnią, nawet jak wydam wszystkie pieniądze na coś głupiego, to nic nie szkodzi. Tak powinno być, tak, to jest przerażające, ale całkowicie normalne. Takie jest życie i to po prostu się zdarza. Jest starszym bratem i wie. A dziś, dziś jesteśmy w barze w Ginza.
***
Kiedy odprawiliśmy się na lot do domu, steward powiedział nam, że będziemy lecieć nad Biegunem Północnym i przy odrobinie szczęścia zobaczymy zorzę polarną. To miał być długi, senny, nocny lot. Kilka pierwszych godzin spędziłam patrząc na mapę lotu i przez okno, wypełniając obowiązki małej siostrzyczki, pytając brata: ”Teraz mamy patrzeć ? To już to”?
Oczywiście, jak tylko się zmęczyłam i zamknęłam oczy, brat obudził mnie i to było to. W kabinie było całkowicie ciemno, za wyjątkiem kilku słabych lampek do czytania tych, którzy nie spali. Zorza polarna była prawie biała na ciemnogranatowym niebie. Niepodobna do niczego, co mogłabym sobie wyobrazić. Absolutnie surrealistyczny moment. Cicha i senna kabina nocnego samolotu. Wysoko ponad. Większość pasażerów śpiących. Jakby tylko nam powierzono jakiś sekret, a ja mogłam to przegapić. I przegapiłabym, gdyby nie mój brat.